01 Maj

„Trzcina” z Pacanowa i malborskich Stogów

 

Mieszkańcy Stogów i okolicznych miejscowości znają go dobrze jako dobrego rolnika, ale nie jako… „Trzcinę”. To pseudonim Franciszka Komasary z okresu drugiej wojny światowej. Jako młody mężczyzna należał do Batalionów Chłopskich.

„ z Pacanowa w powiecie Busko-Zdrój na Kielecczyźnie. Tam się urodziłem 16 listopada 1923 roku, tam chodziłem do szkoły podstawowej i tam zastała mnie wojna.

Okrutne to było przeżycie. Już po dwóch dniach samoloty niemieckie zrzucały bomby na Pacanów, a po tygodniu Niemcy byli u nas w Kieleckiem. Kilkanaście czołgów przyjechało nad Wisłę do Szczucina i tam albo im zbrakło paliwa, albo nie mieli dalszych rozkazów, bo zawrócili, ale na trasie między Stopnicą a Buskiem zaatakowały ich polskie oddziały cofające się od Częstochowy i ci Niemcy zginęli. Po kilku godzinach przyszły posiłki niemieckie i rozgromiły nasze oddziały w Sroczkowie koło Pacanowa” – opowiada pan Franciszek.

„Nastał czas okupacji. Życie stało się ciężkie, ale ludzie na wsi dawali sobie radę. Polska wieś pracowita, żywności było pod dostatkiem i chociaż Niemcy zabierali kontyngent, to gospodarze i tak chowali jedzenie. Młyny mogły być zaplombowane przez Niemców, ale drzwiami z drugiej strony wnosiło się na plecach zboże i przemielało. Zwierzęta się ubijało w stodołach i woziło się w workach półtusze do miast. W mieście kupowało się zaopatrzenie i jakoś to było” – wspomina Franciszek Komasara.

Przysięgę odebrał porucznik „Lot”

Jako młody mężczyzna nasłuchiwał radia przez słuchawki, wiedział więc o koalicji antyfaszystowskiej. Bardzo chciał działać w partyzantce.

– Wiedziałem, że organizuje się podziemie i pojawiają się partyzantki. Potocznie mówiło się na nie „Jędrusie”. „Jędrusie” rozbili magazyn, „Jędrusie” rozbroili Niemców… Partyzantka polegała na tym, żeby jak najbardziej utajnić swoją przynależność. Nikt by nie przyszedł i nie zaproponował mi: „Chodź do nas”, bo to była ogromna tajemnica i wiadomo było, czym to groziło. Ale jak usłyszałem o „Jędrusiach”, za wszelką cenę chciałem dostać się do konspiracji. W naszej gminie był prezes Stronnictwa Ludowego, Jan Adamczyk. Podszedłem do niego: „Panie Adamczyk, ja wiem, że pan jest w partyzantce, ja też chcę”. Zaczął kręcić, że nic nie wie, ale go przekonałem – opowiada mieszkaniec Stogów.

I tak w maju 1943 roku trafił do Batalionów Chłopskich, w dwa lata po ich powstaniu. Przysięgę składał w domu u byłego plutonowego Wojska Polskiego z okresu międzywojennego, rolnika o nazwisku Kuc, który był też komendantem wiejskim BCh. Przysięgę odbierał porucznik Kwiatkowski ps. „Lot”.

– Ojciec miał najlepsze konie we wsi. Ja wtenczas pojechałem koniem po porucznika Kwiatkowskiego w odpowiednie miejsce, gdzie byliśmy umówieni, przywiozłem go do pana Kuca. Tam biały obrus, krucyfiks na stole. Porucznik miał pistolet Llama. I na tę Llamę i krucyfiks, złożone na krzyż, składaliśmy tę przysięgę – opowiada pan Franciszek.

Bataliony Chłopskie stanowiły naturalny wybór dla syna rolnika.

– Było wiele organizacji, przede wszystkim Narodowe Siły Zbrojne – ci byli najbardziej radykalni, starali się likwidować Niemców. To było ogromnie niebezpieczne, bo za jednego zabitego hitlerowcy mordowali po kilkudziesięciu Polaków, niewinnych ludzi. My rozbrajaliśmy Niemców, jak się dało, ale zabijać nam nie było wolno. Przede wszystkim likwidowaliśmy konfidentów – większość z nich to byli Polacy, którzy znali język niemiecki i poszli na współpracę z Niemcami. Jak Niemcy zrobili „nalot” na gospodarstwo, bo ktoś miał np. niekolczykowane zwierzę w oborze czy ukrywał Żyda, to wiedzieliśmy, kto za tym stoi i był zlikwidowany – wspomina Franciszek Komasara.

Członkowie Batalionów Chłopskich z jego okolicy spotykali się na regularnych ćwiczeniach w nadwiślańskich chrustach wierzbowych. Szkolenia odbywały się w niedzielę.

Ludzie szli do kościoła, a my skręcaliśmy w drugą stronę nad Wisłę. A jak msza się skończyła, to wracaliśmy do domu, żeby nie podpadło. Szkolenie prowadzili porucznicy z okresu międzywojennego. Na wszystkie tematy: jak się zachowywać, żeby się nie zdradzić i nie zdradzić innych; co grozi, gdybyśmy dostali się w ręce esesmanów; jak się obchodzić z bronią. Strzelanie ćwiczyliśmy na sucho, wykłady robił nam porucznik Kwiatkowski. Nawet idąc na ćwiczenia, każdy się liczył z tym, że do domu może nie wrócić. Ci, którzy przeżyli I wojnę światową, bali się niesamowicie; wiedzieli, czym to grozi. Bo jak dojdzie do zdrady, wsypy, to pójdzie z dymem cała wieś i wystrzelają wszystkich ludzi. Mój ojciec nawet zaklinał mnie, żeby nie wstępować do Batalionów Chłopskich, bo cała rodzina zginie.

Szarwarki, praca i sabotaż

Partyzanci na co dzień starali się wtopić w codzienne życie wsi. Pan Franciszek pracował w gospodarstwie swojego taty, a oprócz tego – tak jak inni – musiał odrabiać „szarwarki”, wykonywać pracę przymusową narzucaną przez okupanta.

– Niemcy od razu, jak weszli, prowadzili prace drogowe, melioracyjne. Chodziło się na drogę, furmankami wozili kamień, a ludzie młotkami ten kamień tłukli na poboczu, potem rozsypywali i walcami gnietli. Robili twarde drogi, bo wcześniej wszystkie były polne. Oprócz tego, pracowałem na gospodarstwie u ojca, mieliśmy 9 mórg, około 4,5 hektara. Ojciec przed wojną co roku dokupował morgę, a morga w Kieleckiem kosztowała 1000-1100 złotych, była bardzo droga, ale powiększał gospodarstwo – opowiada pan Franciszek.

Akcji bojowych było niewiele. Głównym celem były sabotaż, dywersja i pomoc oddziałom leśnym, których członkowie byli „spaleni” i nie mogli się już ujawniać.

– Ci, którzy podpadli albo groziło im, że mogą podpaść, szli do lasu. Natomiast wszyscy ci, którzy byli dobrze zakonspirowani, pozostawali na swoich stanowiskach pracy. W urzędzie gminy, na poczcie, wszędzie tam, gdzie byli, udawali, że są lojalnymi pracownikami państwa niemieckiego. Jeżeli była wsypa, szli do lasu i wtenczas trzeba było o nich dbać, żywić, zabezpieczać. W lasach były opuszczone leśniczówki, gospodarstwa pożydowskie, w których mogli się ukryć – wyjaśnia mieszkaniec Stogów.

Pan Franciszek podaje przykłady akcji sabotażowych. By uchronić najlepsze konie przed Niemcami, członkowie BCh wypalali zwierzętom podrobione stemple oznaczające, że dany egzemplarz jest gorszej jakości. Z kolei kontyngenty zboża na rozkaz Niemców odstawiano do gminnych spółdzielni, a potem je opróżniano.

Była zaplanowana likwidacja np. magazynu zbożowego w Słupi. Wtenczas woziłem dowódców bryczką, byłem w ich obstawie. W nocy przyjechało może 100 wozów. Każdemu ładowali po tonie zboża, 20 worków, które potem każdy wiózł do swojego gospodarstwa i wysypywał na swój magazyn – opowiada Franciszek Komasara.

Poziom adrenaliny w organizmie podnosiło też zabezpieczanie zrzutów z alianckich samolotów.

– Zrzuty miały miejsce często, tylko chodziło o to, kto zrzucił i dla kogo. Zawsze wiedziała o tym komenda takiej partyzantki. Mieliśmy radiostację w sąsiedniej wsi u komendanta Sowy, inżyniera, który ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie. Jak on nadawał, Niemcy jeździli i nasłuchiwali, żeby namierzyć. Nasi wtedy wyłączali radiostację, szybko podjeżdżał partyzant na koniu przez błota, stacja znikała i Niemcy nie mogli jej wykryć – opowiada. – No więc przychodziła informacja o zrzucie. Szliśmy w nocy, dawaliśmy pilotowi sygnał, podpalając odpowiednią liczbę snopków słomy. Spadały worki z bronią (np. steny nam zrzucali Anglicy), były w nich też mundury dla dowódców, trochę żywności, miny.

Szpion, czy nie szpion

Jedną akcję zbrojną pan Franciszek pamięta dobrze do dziś. Był to już sierpień 1944 roku.

– Partyzantka zaatakowała 6-kilometrowy tabor niemiecki, który ciągnął ze wschodu – opowiada. – Nadciągnął wieczorem i stanął na drodze między Szczucinem a Pacanowem. My o nim wcześniej wiedzieliśmy i obsadziliśmy go, ale nie udało się z obu stron. W dzień nie szliśmy, żeby się nie zdradzić, a wieczorem, jak dotarliśmy na miejsce, oni byli już na szosie. Druga strona była nieobsadzona i dlatego dużo naszych chłopaków zginęło. Ale rozgromiliśmy ich dlatego, że w tym czasie, gdy walczyliśmy, nadjechały radzieckie czołgi. Gdyby nie to, źle by się skończyło, bo od Tarnowa też ciągnęli Niemcy na zachód.

Po tym walkach skończyła się dla niego okupacja niemiecka, bo – jak mówi – Armia Czerwona zatrzymała się na linii Wisły w okolicy Baranowa pod Sandomierzem. – Rosjanie wysiedlili wszystkie wsie 8 kilometrów od frontu. Nie chciałem opuścić Pacanowa, to zrobili mnie milicjantem, miałem przepustkę po polsku i rosyjsku. Pilnowałem, czy szpion, czy nie; jak złapali kogoś, to prowadzili do mnie, żebym zobaczył, czy to Polak, czy szpieg – dodaje Franciszek Komasara.

Krótko po wojnie jako przybysz z Polski centralnej osiadł w Stogach. Przyjechał sam za „chlebem”, bo w rodzinnym Kieleckiem trudno było o samodzielną gospodarkę dla młodego rolnika. Zostawił rodziców i na „ziemiach odzyskanych” rozpoczął nowe życie. Założył gospodarstwo, które przez wiele lat prężnie rozwijał, i mieszka tutaj do dziś. W listopadzie skończy 95 lat.

– Nikt w rodzinie tak długo nie żył. Ja też się dziwię, ale mam dewizę: wszystkiego używaj, tylko nie nadużywaj, a będziesz długo żył. No i najważniejsza jest praca. Jak pracuję, to mam o czym myśleć – dodaje.

BN